KurierGarwoliński.pl

czan maj 2022

Wiadomości z Garwolina

Piotr Strzeżysz: W drodze, cz. II

Dodano:
garwolin - Piotr Strzeżysz: W drodze, cz. II

Podczas swoich podróży Piotr poznał ciekawych ludzi, lokalnš kulturę i tradycje. Podzielił się z nami kolejnymi wspomnieniami. Zapraszamy do lektury drugiej częœci artykułu.

Część II

Podczas podróży zdarza się też, że jeżdżę nocą. Trudno powiedzieć dlaczego, tym bardziej, że nieodmiennie, w każdym z krajów powtarzają, że wokół niebezpiecznie, że napadają, kradną, gwałcą, rabują, ale ponieważ jeżdżę bez świateł, a ostatnio nawet i bez kamizelki, to mnie prawie w ogóle na ciemnej drodze nie widać. Jeśli ponadto weźmiemy pod uwagę, że pobocza są tutaj wystarczająco szerokie, można skonkludować, że pomimo wszystko jest w miarę bezpiecznie.

Trzeba tylko uważać, aby nie wpaść na wracających po zmroku do domu mężczyzn z maczetami, którzy też najwyraźniej podzielają moje zdanie, że nocą na jezdni nic złego wydarzyć się nie może. A uważać trzeba tym bardziej dlatego, bo owych ciemnoskórych mężczyzn widać zdecydowanie słabiej niż mnie, a pisząc dosadniej – nie widać ich wcale, zlewają się z tłem.

Pogwizdywanie nie zawsze wystarcza, szczególnie, jeśli w tym samym czasie obok przejeżdża rycząca ciężarówka. Pewnego dnia, pedałowałem więc nocą, było mi wesoło, pogwizdywałem, wyprzedzała mnie ciężarówka i wtedy właśnie lekko, nieznacznie o coś zawadziłem. Na szczęście nie jechałem zbyt szybko, udało mi się utrzymać równowagę i nie wywrócić, ale zatrzymałem się, aby zobaczyć, o co zawadziłem. W przeciągłej, krótkiej smudze światła nadjeżdżającego samochodu, zobaczyłem zdziwionego mężczyznę z maczetą. Wymieniliśmy kilka zdań na powitanie, poklepaliśmy się przyjaźnie po barkach i za moment rozbijałem namiot pod domem Josego.


Jose ma trzy córki, wszystkie wyszły mnie przywitać, do tego cztery psy i trochę kur, które wolą pszenicę od kukurydzy. O tym, że nioski są miłośniczkami pszenicy, Jose dowiedział się rok wcześniej, kiedy pod wioską wywróciła się ogromna ciężarówka, wioząca zebrane w Europie zboże. Ciężarówkę z rowu usunięto, a rozsypaną na ulicy zawartość przyczepy pozwolono zebrać okolicznym mieszkańcom. Jose mówi, że zebrał dziesięć kilo, bo akurat taki worek z domu wziął, a kiedy znów wrócił na miejsce wypadku, to niestety, ale nie było już czego zbierać. Podobno po pszenicy kury lepiej rosną i znoszą większe jajka.

Słucham, jak Jose tłumaczy, dlaczego właściwie kukurydza nie jest aż taka dobra, chociaż wtedy tą pszenicą kury tak się strasznie objadły, że potem chodziły jakieś osowiałe, a dwie dobre nioski wyszły wieczorem na ulicę i samochód je rozjechał. Dwie na raz. No, ale przynajmniej tyle było dobrego, że kierowca się nie zatrzymał i rozjechanych kur nie zabrał, bo zdarza się, że nie dość, że rozjadą, to jeszcze potem zabiorą do domu na rosół.


Co do rosołu, to bywają tygodnie, że jadam go częściej, niż chleb, bowiem w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej, podawany jest on na śniadanie. Najsmaczniejszy był w Kolumbii, ale ekwadorski i peruwiański również smakuje wyśmienicie. I nieważne, że miejsca, w których się stołuję, często odbiegają od europejskich, higienicznych standardów. A bywa i tak, że im brudniej wokół, tym lepsze jedzenie.

Przydrożne restauracje, przy których się zatrzymuję na posiłek, to często jednoizbowe pomieszczenia, będące jednocześniej kuchnią i jadalnią, jak choćby to, przy którym siedzę teraz, pisząc ten tekst. Niedaleko mnie, leży buldogopodobny, wychudzony pies i cierpliwie, nie spuszczając oczu z uwijającej się przy kuchni krępej kobiety, czeka na rzucane od czasu do czasu ochłapy, przechwytywane w powietrzu jednym kłapnięciem mocnych szczęk.

Na swój posiłek czekam nie więcej niż trzy minuty. Gospodyni serwuje przepyszną, gęstą zupę i równie dobre drugie danie, składające się z pieczonego kurczaka, sadzonego jajka, przysmażonych ziemniaków, fantastycznie doprawionej fasoli, smażonego banana i surówki. Po kilku godzinach intensywnego wysiłku, człowiek zjadłby cokolwiek, a cóż dopiero mówić o takich frykasach, jak te z kolumbijskiej, nawet jeśli urągającej wszelkim higienicznym standardom przydrożnej restauracji.


Odsuwam puste talerze, popijam aromatyczną kawę, wyglądam przez nieoszklone okno. Czuję się przyjemnie rozleniwiony. Jest mi dobrze. Nie mam na głowie żadnych zobowiązań, żadnych terminów, żadnych prac do oddania, z pozostałą częścią dnia mogę zrobić cokolwiek i nikt mnie nie będzie z tego rozliczał, ani niczego ode mnie wymagał.

Odwzajemniam szczery uśmiech i zanurzam się na chwilę w dojrzałym wiekiem, serdecznym, przyjaznym spojrzeniu. Słucham, jak kobieta opowiada o swoich problemach ze zdrowiem i myślę, że tego dnia już nigdzie dalej nie pojadę. Rozbiję się obok, a może nawet i położę w cieniu pieca, kiedy już słońce zajdzie za horyzont i pięć minut później nastanie ciemna noc. A rankiem wstanę, zjem rosół na śniadanie, popiję pyszną kawą i, chłonąc rześkie powietrze, przestrzeń i wiatr, pojadę dalej.

Nie szukając żadnych sensów, nie odkrywając żadnej tajemnicy, odsłaniając się przed każdym, kto tylko będzie miał czas poświęcić choćby chwilę na rozmowę. Zostawiając dobre wspomnienie po sobie. Spotykając w drodze obcych ludzi i odnajdując się w ich spojrzeniach.


Piotr Strzeżysz  
www.onthebike.pl

REKLAMA:


Odwiedź nas na facebooku

Waszym zdaniem

Redakcja serwisu "Kurier Garwoliński" nie odpowiada za żadne działania Czytelników niezgodne z prawem lub regulaminem, w szczególności za treści zamieszczone w formie komentarzy. Jednocześnie w razie konieczności zastrzega sobie prawo do ich usunięcia, jeśli uznane zostaną za niezgodne z prawem lub regulaminem, a także w sytuacji, gdy uzna to za stosowne.